Dorota Wodecka

Dorota Wodecka, rocznik 1968.
Autorka reportaży i wywiadów w „Dużym Formacie”, „Wysokich Obcasach” oraz w Magazynie Świątecznym „Gazety Wyborczej” . Wydała trzy książki wywiadowcze pt. ”Mężczyźni rozmawiają o wszystkim” ( twórcy kultury i artyści o sprawach, o których zwykle nie pyta się mężczyzn), ”Polonez na polu minowym” ( polscy pisarze diagnozują Polskę po 25 latach od przełomu w 1989 roku) i "Życie to jednak strata jest" ( zbiór rozmów z Andrzejem Stasiukiem). Mieszka pod Wrocławiem.



Napisz do mnie



niedziela, 19 kwietnia 2015
Życie to jednak strata jest, czyli rozmowy z panem Stasiukiem

I znów przymus promowania. Nie, że się nie cieszę z nowej książki, ale jako "dziennikarka od wywiadów" mam kłopot z takimi promocjami. Nie chcę by były autopromocją i dmuchaniem mojego ego, bo to nie ja jestem jej bohaterką.

Poza tym ludzie pytają mnie o bohatera, o to jaki jest NAPRAWDĘ, chcą wiedzieć, CZEGO NIE CHCIAŁ POWIEDZIEĆ.

Za pytaniem o PRAWDĘ kryje się podejrzenie, że to co mówi z namysłem jest w zasadzie nieistotne. Ciekawsze są domorosła psychoanaliza i to, czego bohater powiedzieć nie chce? 

To kolejny dowód, że sobie wzajemnie nie ufamy, a ujawnienie tajemnicy, albo plotkarstwo, mają być kluczem do zdobycia zaufania i wiarygodności. 

Nie powiem więc, jaki jest NAPRAWDĘ Andrzej Stasiuk. Jest taki, jakim go widzę w naszych rozmowach. I jakim zobaczą go Czytelnicy jego książek.   

Spotykaliśmy się przez sześć lat. W tym czasie przejechaliśmy kilkaset kilometrów, kilka razy piliśmy alkohol i raz paliliśmy papierosy ( on zdaje się cygaro). Dwa razy byliśmy w Przemyślu, dwa razy w Gorajcu, raz w Tokaju, raz na Słowacji. Kilka razy odwiedziliśmy się w swoich domach i zjedliśmy przy jednym stole kilka posiłków. Kilkakrotnie śpiewaliśmy razem piosenki i kilkakrotnie płakaliśmy. Raz, na Grochowie, prowadziłam mu spotkanie autorskie. 

Nigdy nie przeszliśmy na "Ty". 

wtorek, 10 grudnia 2013
Dziadek do orzechów

Bożonarodzeniowe prezenty wkładam najczęściej do sąsiadującej z choinką komody lub do szafy w łazience. Z ostatnich trzech Wigilii pochodzą: 

świeczki: stołowe (biała klasyczna), zapachowe (lawenda), ozdobne ( trzy wędrujące słoniki, które po bliższym przyjrzeniu się okazały się właśnie trzema imbrykami, dwa aniołki, z zalożonymi rękami jak te u stóp Madonny Sykstyńskiej),

świeczniki: podświetlany łoś, sześcian ze ścianami ciętymi we wzory, anioł grający na lirze,

aniołki ( kilkucentymetrowe do postawienia lub powieszenia, słomiane, szklane, z masy solnej),

biżuteria: korale (zielone, drewniane), kolczyki (długo by wyliczać),

kręgi szczęścia ( zielone płaskie dyski, w liczbie sziedmiu, których zabobonie nie wyrzucam, bowiem mają gwarantować mojemu domowi wszelki dostatek),  

kosmetyki: balsam do ciała ( Garden Villa – Elegant Bath Collection ), czekoladowe masło do ciała ( Farmona), pilingi i kremy do stóp ( Avon Foot Works -cynamonowy i morski), niezliczone w ilości i bogate w kolorze lakiery do paznokci i maskary do oczu,

ramki na zdjęcia ( głownie z IKEA, drewniane, z kartonową, łamliwą podpórką)

maskotki: miś z gipsu i dziwnej masy plastikowpodobnej w mikołajowej czapce, stylizowany na Teddy Bear.

Nie wykluczam, że podobne szuflady mają moi znajomi, których ja obdarowałam podobnymi oczywistościami. Dlatego uznałam, że w tym roku sama sobie kupię prezent.

Będzie to choinkowa bombka dziadka do orzechów. Kilkakrotnie obchodziłam go na jarmarku, ale nie starczyło mi motywacji, by przynieść go do domu już końcem listopada. Bez pretekstu i z jesienno-melancholijnego kaprysu wydał mi się za drogi ( ten najładnieszy, kosztuje zdaje się z sześć dych). Na zachciankę więc nie, ale na upominek bożonarodzeniowy nadaje się jak najbardziej.Od długiego czasu marzyłam, albo może mi się wydaje, że miałam takie marzenia, by ta literacka postać z dzieciństwa Klary i Dorotki wisiała na choince Doroty. Zawsze jednak znajdowały się pilniejsze potrzeby. Tym razem służący do rozłupywania nie orzechów, a wspomnień Dziadek do Orzechów będzie potrzebą najpilniejszą. I wystarczającą rekompensatą za ofiarowywane mi upominki, które upcham po szufladach. Wykończona lepieniem kilkuset pierogów, tak, czy owak szczęśliwa, że ich darczyńcy są znowu przy mnie. 

sobota, 23 listopada 2013
Pani Pisarko, jak żyć?



Wczoraj na Festivalu Brunona Schulza trzy kobiety. Natasza Goerke, Olga Tokarczuk i Magda Tulli. Dlaczego piszą, jak piszą, co robią kiedy pisać nie mogą. Słowem, jak żyją.

Duch męski się unosił, jakżeby inaczej. A zatem, czy tak jak Wiesław Myśliwski siadają dzień w dzień przed pustą kartką i wyrabiają normę w postaci określonej liczby znaków, dociekał prof. Stanisław Bereś.

Zaiste, wyobrażenie to szlachetne, że pisarz, że biała kartka i natchnienie lub boży palec. A gdzie kuchnia? Dzieci? Sprzątanie? Gdzie codzienna robota?  On pisze, a żona podaje mu obiad – puentowała Magda Tulli dodając, że nigdy nie mocowała się z pustką białej kartki. No tak, ona swoją opowieść nosi ze sobą. Wyobrażam sobie, jak idzie (ja w jej tempie to z zadyszką ) w długim płaszczu w pepitkę, w kaszkiecie, z rękami w kieszeniach. I dotyka tych swoich historii palcami, przerzuca je, międli, przenicowuje na drugą stronę, strzępi na kawałki, jak rogi w chusteczkach higienicznych, zmienia kształty. Przerabia materię w kieszeni tak długo, aż ta staje się książką. Pisaną nie na biurku, bo biurka pani Magda nie ma. Ot, kawałek blatu w kuchni, przy drzwiach.

A co robić kiedy kieszeń nie jest pełna? Kiedy rozpisany detalicznie scenariusz powieści nie chce się zapełnić treścią?

Olga Tokarczuk idzie na wykład. Sądzę, że nobilituje swoją obecnością prelegentów czy wykładowców, którzy szczęśliwie nie mają pojęcia, że pisarka siedzi w ostatnich rzędach, bo nawiedził ją czas bezweny. I tylko nudne wykłady pomagają jej reanimować swoje powieści.

Z premedytacją wręcz wybiera nudę tematu - wtedy na pewno przyjdzie mnóstwo pomysłów.

Do Nataszy Goerke przychodzą gdy leci samolotem. Czy dlatego, że wtedy pojawia się nieuświadamiany strach, że życie może się skończyć w każdej chwili?

Literatura, jako antidotum na strach przed śmiercią. Żadne tam non omnis moriar, tylko opowieść jako sens życia? Nie chcę uderzać w wysokie C, ale tak to pewnie być musi u tych, którzy nie piszą tylko dla półki w Empiku.

Wszak Natasza G. i Magda T. pisałyby i wtedy, gdyby nikt ich nie chciał wydawać. Olga T. deklaruje wprawdzie, że wtedy z ulgą porzuciłaby pisarstwo, ale w to nie wierzę. Podejrzewam, że owszem, dopadłoby ją poczucie ulgi, ale dopiero wtedy, kiedy okazałaby się niekonsekwentna.  

środa, 20 listopada 2013
Co wypada pisarzowi, ktory nie jest Charlesem Bukowskim

”Rozczula mnie pani naiwność. Pani naprawdę wierzy w literaturę, w to, pieprzenie, że ona coś zmienia ” – powiedział mi kilka dni temu Pewien Pan Pisarz.

Nie wiem, czy wierzę w literaturę. Na pewno chciałabym wierzyć w pisarza, co jest trudne kiedy ten w kolorowym piśmie opowiada, że przez miesiąc nie wychodził ze swoją świeżo poślubioną żoną z łóżka. Przepraszam, inaczej to szło. ”Przez pół roku właściwie żyliśmy w lózku”, co miało rzecz jasna wpływ na proces twórczy. Wiadomo, że ”miłość oczywiście rozkojarza”, ale na szczęście bohater wywiadu VIVY przyznaje, że mógł sporo napisać w pozycji leżącej.

Oczywiście, że mu zazdroszę, bo ja nie wierzę, że jakąkolwiek, bez względu na pozycję, książkę napiszę, a o rażeniu namietnością nie wspominam.

Ale prócz zazdrości odczuwam zażenowanie. Celebryctwo bowiem wydawało mi się rewirem, do którego pisarzom nie wypada zaglądać.

Owszem, zapuścił się tam swego czasu i Jerzy Pilch, no ale ten to miał przynajmniej dystans do siebie. Zero kompleksów onieśmielonego chłopaka z Wisły, który via Kraków przenosi  się na salony stolicy. Żadnych zautoryzowanych bonmotów ( skrojonych na miarę P. Cohelo),  że ”życie polega na tym, żeby doświadczac kolejnych swoich wcieleń”. Fakt, nie wżenił się Pilch w Bardzo Znaną Rodzinę Litaracką, więc i powodów do samobiczowania się, że jest jej ”słabym punktem”nie miał. Przygodę z celebryctwem miał też Michał Witkowski, ale zdaje się, że mu się odbiła czczkawką. Ludzkość przestała poważnie traktować jego tworczość mimo, że ten puszczał do niej oko rozgłaszając o planach poślubienia gościa od mody, czy o botoksach i innych łaskawościach medycyny estetycznej, z których korzystał.

- Co miało być zgrywą i ironią, zostało odczytane jako najpoważniejszy w świecie fakt – mówił. 
Janusz ElWu też bywał na kolorowych łamach, ale nawet on nie wpadł na to, by wystąpić w łóżku ze swoją ukochaną. Albo w prześcieradlanym kokonie. 

”Od kiedy ożeniłem się przestałem się bać śmierci”- powiada Wojciech Kuczok. Piękne, tyle, że wraz z lękiem przed śmiercią luzuje się mechanizm samokontroli. I pewnie dlatego pisarz wyznaje przed czytelnikami VIVY uczucia nie tylko do żony ale i do teścia. ”Pan Daniel, jako zawodowy dyplomata, twarz ma nieprzeniknioną. Ale jest dla mnie miły. A ja bardzo go szanuję, podobnie, jak jego żonę”.

Jednym z pomysłów na promowanie w Gazecie czytelnictwa i polskiej literatury było zaproszenie krytyków do stworzenia rankingu pisarzy przed czterdziestką, którzy w przyszłości mają szansę na Nobla. Wojciech Kuczok znalazł się w finałowej dziesiątce. Jak po takich występach trzymać kciuki za Nobla dla pisarza, który odziany w prześcieradło prawi takie dyrdymały? Bez mrugnięcia okiem.



piątek, 07 czerwca 2013
Trafność pilchowej frazy

Ja: Dół. Strasznie. Leże. Zatruta.

Jerzy Pilch: Teraz strasznie za to jutro, jak cudnie. Dawniej był orgazm teraz starczy jak rzyganie minie. 

 

 

czwartek, 06 czerwca 2013
Ile razy mozna zmartwychwstawać?

W każdym razie ja spróbuję ponownie.

Jest kilka powodów. Po pierwsze nowa książka. Czytelnicy "Poloneza na polu minowym" - zbioru rozmów z polskimi pisarzami - być może wchodzą na tego bloga i czują się rozczarowani moją niekonsekwencją. Bo co chwile obwieszczam wielki powrót, reanimację, by po kilku dniach stracić zapał.

Czy miarą dziennikarstwa jest konsekwencja? Aktywność w przestrzeni społecznej niestety już na pewno. Informowanie o tym co się myśli, co się przeczytało, co się lubi, podziwia, z czego kpi, co usłyszało, co się zjadło, lub zje, komentowanie tego i owego - to zawodowa konieczność, której nienawidzę.  

Wczoraj miałam spotkanie z Czytelnikami książki. We Wrocławiu. Po wszystkim mój były szef i mam nadzieję przyjaciel powiedział, że jestem za bardzo wycofana, że nie sypię anegdotami, nie bawię słuchaczy tylko powściągliwie odpowiadam na pytania. I, że tak nie można!!!

Czy ja zatem w ogóle mam szansę na prowadzenie opiniowego bloga? Żadnej. 

Ale tak czy owak  spróbuję zmartwychwstać. Dla kilku wierzących we mnie.

 

piątek, 04 stycznia 2013
Nie lubię, gdy mi mówią po imieniu

 

W grudniu dzwoniłam do Karla Dedeciusa. Chciałam przyjechać i porozmawiać. Odmówił. Nie ma już czasu na nowe znajomości. Zawsze wkłada w nie wszystkie emocje i od razu się zaprzyjaźnia. Nie widzi już sensu zaprzyjaźniania się. Nie ma czasu. Ma 92 lata.

Mam kłopot z zaprzyjaźnianiem się. Wolę dystans. Idealnie to ujął Tadeusz Różewicz, również 92-latek. 

na ty z Czesławem

Nie "ty-kaliśmy" się
nie wypiliśmy
"bruderszaftu" ("brudzia")

zawsze mówiliśmy do siebie
"per" pan
była zgoda
że "ty" nam nie pasuje
a znaliśmy się
chyba 55 lat
ja nie mówiłem ani
Czesławie ani Czesiu
ani Cesiek
nie było to potrzebne
ani Panu ani mnie
między "panami" nie ma
pewnych form które mogą
zaistnieć między
Tadziem i Ceśkiem

czwartek, 03 stycznia 2013
Miłość w kinie

 

Sylwester i "Miłość" późnym popołudniem. Na sali kilkanaście osób. Większość samotnie, w tej większości przewaga mężczyzn. Wychodzili zanim zapaliło się światło, pośpiesznie zarzucając  płaszcze i kurtki. 

Było mi nas wszystkich żal. Nie mieliśmy drugiego człowieka, do którego moglibyśmy coś powiedzieć. Słów też zabrakło.  

wtorek, 16 października 2012
Twórcza mania prześladowcza

Joanna Bator opowiadała mi, że nagle, w najmniej spodziewanych okolicznościach, na placu zabaw w Japonii, nad pudełkiem drugiego śniadania wpadły jej do głowy dwa słowa: piaskowa góra.   

Nie potrafiła się od nich uwolnić. Następnego dnia, rano, przyszło pierwsze zdanie: Jadzia toczy się, jak kula ( mam nadzieję, że dobrze cytuję - nie potrafię znaleźć swojej książki, znów komuś pożyczyłam!!!! nigdy więcej!). Konsekwencje prześladowań są znane - powieść o układaniu życiu na Piaskowej Górze w Wałbrzychu.

Pisarka znów wróciła do miasta swojego dzieciństwa. Tym razem za sprawą niespodziewanego zdania „ciemno, prawie noc”. Przyszło i nie chciało odejść. Spisuję od kilku dni naszą rozmowę. Nie umiem się skupić. Prześladuje mnie obraz siedmiu kobiet. Zastanawiam się, co by było gdybyśmy się spotkały? Moja prababka, babka, mama, ja i moje trzy córki. Co chciałybyśmy sobie ważnego powiedzieć? Czy od razu wyczułybyśmy bliskość, czy wpierw musiałybyśmy się poznać? Która gadałaby jak najęta? A która byłaby onieśmielona?  Najbardziej, to chyba prababka w czarnej kiecce spiętej pod szyją broszką ( talia do pozazdroszczenia). Kiedy umarła miała niewiele więcej lat niż Ola. Objawiła mi się  niedawno, na obcej mi fotografii. Mam po niej oczy, jeśli to nie złudzenie.

Czułabym się odpowiedzialna za atmosferę. Żeby nie było nudno. I żebyśmy się nie pokłóciły. Ja jedna znam nas prawie wszystkie. Brakuje mi jednak języka by o tym opowiedzieć. I narratora. Narracja pierwszoosobowa nie wchodzi w rachubę. Zamówiłam kolaż. Taki kadr z naszego spotkania. On będzie początkiem opowieści, dla każdej z nas innej. Może, gdy na niego spojrzę pojawi się do ich opisu literacki język i narrator. 

piątek, 12 października 2012
Pochwała śmiechu

Pojechałam do tego sierocińca w Miejscu Piastowym.

Chciałam zobaczyć kamienne podłogi, które zapamiętałam z babcinych opowieści.

Wyobrażałam sobie, jak szorowała na kolanach zimną, czarno-czerwoną mozaikę. Wyobrażałam sobie, że płakała. Pal sześć czy ze złości czy z bezsilności.

I kaplicę, w której rozkochała dziadka. 

Zakonnice prowadzące do dziś ośrodek zaprosiły mnie do środka.

Korytarze były strasznie długie. Kamienne.

Na końcu jednego sala pamięci. Na jednej z nielicznych fotografii z 1919 roku kilkanaście dziewczynek w białych fartuszkach. Zdjęcie jest niewyraźne, ale w tym tłumie pozujących dzieci nagle dostrzegłam moją mamę i moje córki. To samo spojrzenie, te same usta i broda wysunięta do przodu. Babka musi mieć na nim dziewięć lat.

A na kolejnym, zrobionym później, wszystkie sieroty stoją wyprostowane i poważne. Każda w innej sukience. I tylko jedna w tym tłumie się śmieje. Do dziś słyszę ten śmiech. Babki, matki i moich córek. Obezwładniający w najmniej spodziewanym momencie.

 
1 , 2 , 3 , 4