Dorota Wodecka

Dorota Wodecka, przemyślanka. Rocznik 1968, mama Ewy, Agaty i Oli.
Przez 13 lat dziennikarka opolskiego oddziału Gazety Wyborczej. Tego samego roku, gdy zaczynała swoją dziennikarską karierę, Opole zalewała powódź, Polska przyjęła nową konstytucję, zginęła Księżniczka Diana a Jan Paweł II kanonizował Janka z Dukli.
Pierwszy tekst chciała napisać o głośnej wtedy książce „Płeć mózgu', ale redaktor życzliwie zasugerował stażystce, by skupiła się na sprawach lokalnych. Po latach pisania o takowych, wróciła do ulubionego tematu.
Autorka reportaży i wywiadów w „Dużym Formacie”, „Wysokich Obcasach” oraz w cotygodniowym cyklu „Gazety Wyborczej” - Męska Muzyka.
Kocha małe miasteczka, w których nawet ci co się znają tylko z widzenia mówią sobie dzień dobry. Mieszka w jednym z nich na Dolnym Śląsku.
Do pracy we wrocławskiej redakcji Gazety Wyborczej dojeżdża pociągiem.



Napisz do mnie



czwartek, 28 lipca 2011
Determinacja czyli do dwóch razy sztuka

Przed chwilą napisałam kilka zdań, ale się zagubiły. Znak, że powinnam dać sobie spokój?!

Tak przeczuwałam od początku, bo to strasznie było męczące takie publiczne mądrkowanie. Promocja książki, mądrości dla gości, bon moty od doroty. Z ulgą zaprzestałam.

Ale dziś spotkałam w sieci psa i nie chciałabym go zapomnieć. Więc popełnilam wpis, który zniknął. Było w nim trochę asekuracji. Ten popełniam odważniej, bo też zniknie. W zasadzie to chce się przekonać, czy jak kogoś nie ma na blogu pół roku to znika. Mówiac nawiasem wiem, że zniknęłam, choć obiektywnie na wadze jest mnie więcej.

 

http://kwejk.pl/obrazek/308782/zajebisty,pies.html

 

 

Minuta minęłą, wiem, że się napisało, więc tylko dodam, że słowo zajebisty jest okropne, nie użyłabym go w stosunku do owego psa, ale nie umiem tego usunąć.   

niedziela, 16 stycznia 2011
Tragiczne skutki starzenia się

- I mnie dopadły tragiczne skutki starzenia się - obwieściła mi dziś Edyta tonem jakim informuje się bliskich o rychłym pogrzebie w rodzinie.

Czyli, co? - myślałam. Dopadła ją gorycz? Cynizm? Zniechęcenie do świata? To oznaki starości, których wyglądałby Ignacy Karpowicz.

A może koniec przerabiania absolutnie wszystkiego na przyjemnośc? Czas mizantropii, pustki, niespełnienia, o którym mówił Eustachy Rylski?

Myślenie o przyszłości, jak o pustyni, czyli starzenie się w refleksji Marcina Świetlickiego?

Zmarszczki, ktore można spłycić laserem? - no dobra, o rozpacz z tego powodu jej akurat nie podejrzewałam.

W końcu wydusiła z siebie żałobnym tonem.

- Nie mogę czytać powieści. Nużą mnie. Ja te wszystkie fabuły już znam.

Slyszałam to niejednokrotnie od dojrzalszych ode mnie czytelnikow. I zawsze odczuwałam rodzaj skrępowania, że oni przeszli już na wyższy poziom wtajemniczenia, a ja wciąż się ekscytuję tym samym.

- Czuję się, jak starzec. Ale naprawdę mogę czytać tylko reportaże, biografie, listy i pamiętniki. Tylko z nich mogę dowiedzieć się czegoś nowego - wyznała, szczęśliwie bez tonu wyższości.

Mam kłopot z książkami innego rodzaju.  Pożądam ich. Obiecuję sobie od przeszło roku, że będę czytać tylko pisarzy Europy Środkowo-Wschodniej, ale obiecanki cacanki....

Dostrzegam u siebie objawy nerwicowe. Kupuję książki na zapas. A ponieważ zapas rośnie z tygodnia na tydzień denerwuję się, że mam strasznie dużo do przeczytania.

Tak. Jestem ostatnio bardzo zdenerwowana.

piątek, 14 stycznia 2011
Nie czytać, nie słuchać, nie oglądać

Sensodynka pilnie potrzebna.

Co wieczór, zaraz po pogodzie, na tle mapy Polski mówiłaby nam, w której częsci kraju poziom sensu opada poniżej normy. W zagrożonych bezsensem obszarach mieszkańcy mieliby zakaz czytania dołujących książek, słuchania takiejże muzyki. Oglądanie obrazów byłoby surowo wzbronione. A miłośc nie na miejscu.

Ponieważ sensodynki nikt na razie nie wymyślił ostrzegam, że na zachodzie Polski poziom życiowego sensu oscyluje przy niebezpiecznej granicy depresji. Doszły mnie słuchy, że w Kongresówce jest jeszcze gorzej.

Jako lekarstwo Bratu z Kongresówki, który widzi sens tam, gdzie ja go nie widzę, albo nie widzi wtedy, gdy widzę ja, kupiłam rzeźbę. Chłopczyka z jojo. Jest idealną metaforą jego uzasadnień sensu nieszczęsliwej miłości. Brat leży teraz w łózku. Musi wypocić miłość.

 

 

niedziela, 02 stycznia 2011
Cios w karmę, czyli niekochany mężczyzna

I nagle ona cię rzuca. I to nie po prostu rzuca, tylko odchodzi do innego, kochanego mężczyzny.

Najpierw przejdziesz przez okres wielkiego fałszu. Czeka cię wysłuchiwanie niewiarygodnej ilości kłamstw.

Jeśli czujesz, że zaczynasz się miotać - to znaczy, że jest już za późno. Już jesteś trupem. To znaczy: albo zabij kochaną kobietę , albo odejdź . Mężczyzna nie powinien się miotać . Kodeks honorowy zabrania mu się obrażać , patrzeć wilkiem, denerwować się , przeżywać - we wszystkich tych sytuacjach jest śmieszny(…).

Okazuje się , że ona cię już wszystkim sprzedała. Ty nie wiesz, a wszyscy wkoło wiedzą . Wiedzą jej przyjaciółki (i już się z nim widziały), wiedzą koledzy z pracy, wiedzą jej krewni.

Zacznie cię stopniowo degradować. Stanie się nieludzka. Stworzy twój obraz, zupełnie do ciebie niepodobny i bardzo krzywdzący. Uderzy w twoje rzeczywiste fizyczne defekty, które są już nienaprawialne.

Stracisz kontrolę nad swoim życiem. To nowe obrzydliwe uczucie: nie panować nad sytuacją . Twoja przyszłość zależy od niej. Faktycznie zbrzydniesz. Potem kiedyś popatrzysz na zdjęcia z tego okresu i zrozumiesz, o czym mówię . Zwisną ci policzki, usta staną się bezwolne, twarz babska. Włosy będą się zlepiać , choć byś je mył codziennie. Natomiast oczy - porzuconego faceta poznaje się po oczach - będą jakby przemyte nieszczęściem. Nigdy więcej nie będziesz miał takich jasnych, rozpromienionych oczu(…).

 

Nie będziesz brać pod uwagę tej prostej prawdy, że walka jest nierówna. Jesteś sam, a ich jest dwoje. Ona mu wszystko opowiada i to w taki sposób, że wyglądasz już zupełnie na złamanego kutasa. Ona się ciebie boi. Najlepiej od razu daj spokój i odejdź. Rozstawać się należy krótko, w jednym monologu(…).

Powiesz, że wszystko można wybaczyć , prócz jednego: rozstając się , oboje zniszczycie wspólną karmę  życia. Wasze spotkanie nie był o przypadkowe, był o magiczne, zapisane w niebie, więc musicie pozostać parą. Odpowie ci, że nie jesteście parą . I wtedy wymierzy cios w karmę.

(…) I wtedy nie wiadomo z jakiej kręgielni wytoczy ci kulę z napisem:- Czekaj na mnie, jeśli chcesz. I kiedy minie trochę czasu, powie ci:- Jak ty się narzucałeś !

Będziesz chciał napisać do niej list, przy czym niezawodnie w mściwej tonacji. I zamiast spać , będziesz po nocach pisał go w myślach. Ona twoje starania uzna za męską słabość , zacznie być przy tobie kapryśna, rozdrażniona, będzie dyktować swoje warunki, w rozmowach zawsze do niej będzie należało ostatnie słowo.

Ona nigdy do ciebie nie wróci. Od znajomych dowiesz się , że jest szczęśliwa, że jeździli gdzieś na koniec świata, kupili mieszkanie. Zaczniesz pić . Zachorujesz. Wpadniesz w depresję . Nie będziesz miał sił do pracy.

Rana pozostanie na całe życie. Nie będziesz już, nigdy nie będziesz taki radosny jak kiedyś.

 

Wiktor Jerofiejew, 'Jak być niekochanym", Bóg X, Czytelnik 2010

niedziela, 26 grudnia 2010
Czy baby w wigilię przynoszą pecha?

W wigilię obraziła się na mnie moja ulubiona koleżanka.

Przyjechała ze swoim ulubionym mężem i z życzeniami. 80 kilometrów we mgle, ślizgawicy z widmem karambolu na A4.

A ja zamiast ją uściskać stanęłam w progu i histerycznie krzyknęłam: błagam, nie wchodź pierwsza.  W wigilię pierwszym gościem w domu musi być facet. Baby przynoszą pecha!

Tak mówiła moja babcia Kasia. I moja mama. Zatrzymując przed drzwiami kobietę poczułam siłę tradycji. Jedność z mamą, babką, ciotkami, z ich zabobonami i przesądami. Miały ich na podorędziu całkiem sporo.

Że kto się w wigilię kłóci ten cały rok się będzie kłócił. Kto w domu gwiżdze ten sobie szczęście wygwiżdze. Kto w wigilię płacze ten cały rok płacze. Ten płacz był szczególnie obecny w naszych rodzinnych porzekadłach. Kiedy moja mama zaśmiewała sie przy piątku, babcia paraliżowała jej głupkowatą radość zapowiedzią: kto się w piątek śmieje ten w niedzielę płacze.

Wiadomo, w dzień Męki Pańskiej śmiech był zabroniony. Szczęśliwie mama znalazła cudowną ripostę na babcine przesądy. Mawiała: jaki piątek taki świątek.

Moja koleżanka zmroziła mnie swoją ripostą. Właściwie nie musiała nic mówić. Już widząc jej minę wiedziałam, że siłą tradycji ściągnęłam sobie na głowę gilotynę.

Bo, jak usłyszałam, upokorzyłam kobietę. Po to tylko żeby poczuć się lepiej.

Nigdy nie zastanawiałam sie nad dyskryminującą naturą tego wywodzącego się z moich stron zabobonu. Ale jest dyskryminujący, to fakt!

Co z takim zrobić? Zmienić? Przecież nie da się zmienić, tego co we wspomnieniu z dzieciństwa ma wzruszającą aurę niewinności. Jak uciec od rytuału, którego siłą jest powtarzalność?

Pogrążam się w poczuciu winy. Jak ja, uczestniczka Kongresu Kobiet i słuchaczka wykładów w temacie ich dyskryminacji w samorządach czy w polityce mogłam się zachować tak bezrefleksyjnie!

Moje dmuchanie do olbrzymich rozmiarów w poczucie winy źle wróży na przyszły rok.

Bo, jak mówiła moja babcia Kasia: kto w wigilię….

wtorek, 21 grudnia 2010
Polowanie na autora

Najpierw Witkacy ("Pożegnanie jesieni"): "Babranie się w autorze a propos jego utworu jest niedyskretne, niestosowne, niedżentelmenskie. Niestety, każdy moze być narażony na tego rodzaju świnstwo".

Potem Pilch ("Tezy o głupocie, piciu i umieraniu"): "Uprawianie literatury to babranie się w rzeczywistości. A skoro ty się w niej babrzesz, to i ona będzie się babrać w tobie(...). Babrania nigdy dosyć. Babranie bowiem jest piękne jak literatura".

A dziś wczorajszy Julian Barnes ("Papuga Flauberta"):

"Dlaczego dzieło prowokuje nas do polowania na autora?

Dlaczego nie możemy zostawić go w spokoju? Dlaczego nie wystarczą ksiązki?

Przecież sam Flaubert chciał, by liczyły sie tylko one; niewielu pisarzy mocniej wierzyło w obiektywną wymowę samego tekstu, w to, że osobowośc pisarza nie ma tu żadnego znaczenia; a jednak jesteśmy nieposłuszni i robimy swoje. Wizerunek, twarz, podpis(...). Co sprawia, że tak pożądamy relikwii?

Czyżbyśmy nie dość wierzyli słowom? Czyżbyśmy sądzili, że okruchy życia zawierają jakąś pomocniczą prawdę?"

 

poniedziałek, 20 grudnia 2010
Bez lukru i nie do pary

Moja najstarsza córka powiedziała KONIEC.

Nie upiecze w tym roku pierników na kształt baby i chłopka z zachowaniem proporcji pilnowanych przeze mnie od jej maleńkości. Czyli żeby było zawsze do pary. Tyle samo cynamonowo-miodowych babek ile chłopków. Ot, takie moje drobne szaleństwo i czarowanie, żeby nikt nie był w nadchodzącym roku samotny.

Zaprotestowała. Żadnych par! Bo wieszamy na choince te babki z chłopkami i nic z tego nie wynika! Trzeba nauczyć się samotności, zaakceptować ją i nie wyglądać osoby do pary.  I żadnego lukrowania! Piernik jest piękny sam w sobie, nie będzie upiększać.

Nie wiem co wynikło z tej arytmetyki, czy na choince przewagę będą miały dyndające baby, czy chłopki.

Przeczuwałam, że za zachwianiem proporcji i zmianą tradycji stoi jakaś fundamentalna historia.

A dziś zbierając z jej pokoju dziesiątki nagromadzonych przez weekend szklanek zobaczyłam przy poduszce „Żyjąc w czasie pożyczonym” Zygmunta Baumana. Otworzyłam w miejscu, gdzie włożyła zakładkę.

A tam o głodzie drugiego człowieka i rozpaczliwym szukaniu ratunku przed samotnością na internetowych portalach. Właściwie bez szans na ratunek. Bo one przedstawiają potencjalnym partnerom katalog, w którym towar dostępny w ofercie sklasyfikowany jest według wybranych cech, takich jak wzrost, budowa ciała, itp. Bauman pisze, że takie wybieranie partnera z katalogu cech i zastosowań utrwala mit, który tkwi u źródeł dekompozycji człowieka, żywej osoby, na szereg bezosobowych cech. „Mit ten głosi, że człowiek nie jest osobą lub osobowością, której faktyczna, wyjątkowa i niepowtarzalna wartość tkwi w jej jednostkowości, ale bezładną zbieraniną mniej lub bardziej pokupnych, pożądanych lub użytecznych podzespołów”.

Najwyraźniej młodzi czytają Baumana, a piernikowa akcja wymierzona jest przeciwko życiu w parach w obawie przed samotnością. Przeciwko dekompozycji siebie. I przeciwko upiększaniu po to tylko, żeby zostać zauważonym.

Przypomina mi się Adam Nowak z zespołu "Raz dwa trzy", który woli piękno, ktore się ujawnia, a nie to, które się narzuca. I, który twierdzi, że każda osoba jest piękna jeśli jest obdarzona miłością i akceptacją.

Moje pierniki też są piękne, nawet bez lukru. Mam jednak nadzieję, że piernikowi faceci będą w przewadze. Żeby babkom nie było smutno. I żeby nie stwardniały na amen ze strachu, że nie znajdą swojej pary.

środa, 15 grudnia 2010
O Andrzeju Stasiuku nad pudełkiem wiśni w czekoladzie

Jeden znajomy psycholog powiedział mi, że w odchudzaniu u kobiet tak naprawdę nie chodzi o zrzucanie wagi.

Kobiety, które się odchudzają najczęściej w ogóle nie chudną, ale im dłużej się odchudzają, w tym lepszym są nastroju. Angażując się w ten proces pracują raczej nad swoim nastrojem, niż nad swoją wagą.

Muszę się z nim zgodzić! Dziś, zaangażowana w proces odchudzania i poprawiania sobie nastroju zjadam ogromne ilości wiśni w czekoladzie. Tak ogromne, że wystarczyłoby na obdzielenie nimi kilkunastu paczek mikołajkowych dla klientek klubów fitness.

I kiedy tak się nimi delektuję...Nie, nie. Ponosi mnie. Wcale się nie delektuję, tylko wkładam do ust jedną za drugą i myślę, jak to cudownie nie mieć poczucia winy z powodu oddawania się nałogowi jedzenia kalorycznych wiśni w czekoladzie. 

Antidotum na moje katunki, że nie biegam, nie ćwiczę i takie tam, jest rozmowa z Andrzejem Stasiukiem. Pamiętam doskonale i wciąz się z tego, co opowiedział śmieję, mimo, że Pan Pisarz był naprawdę wściekły. Szło tak:

Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku! Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem popołudniu na spacer do parku i myślałem, że mnie kurwa stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy i myślę: gdzie ja jestem!? Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco grubym.Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd.

 

Piękna historia z tymi kościotrupami. Z pewnością tego dnia w Hamburgu poczułabym się również dyskryminowana.

Póki co, została mi ostatnia wisieńka... 

wtorek, 14 grudnia 2010
Jak odpieprzyć się od siebie

 

Rocznicę stanu wojennego spędziłam w kolebce Solidarności, w Cafe Fikcja. Opowiadałam bywalcom i przyjaciołom tej niezwykłej kawiarenki we Wrzeszczu o bohaterach książki. Spotkanie prowadziła Bożenka Aksamit, wyjątkowa dziennikarka z gdańskiego oddziału Gazety Wyborczej. Mądra, pewna siebie, wrażliwa i nowoczesna kobieta.

Okazuje się, co mnie bardzo cieszy, że ta książka jest dla jej Czytelników ważna. Mają swoje ulubione zdania, które wspominają, powiedzmy w chwilach kryzysu. Takie mantry.

Pani, która przyjechała na spotkanie z Gdyni zacytowała jedną. Też tym tekstem mantruję.

I często powtarzam go mężczyźnie, którego dla porządku nazywam bratem. I tym wszystkim, którzy co rano zawieszają sobie niezmiernie wysoko życiową poprzeczkę, a potem, kiedy się nie uda jej przeskoczyć pogrążają się w poczuciu winy i oskarżeniach, że są do niczego. Bo się nie udało. Ale jak miało się udać skoro od początku było za wysoko?!

A zatem Panie i Panowie: Profesor Wiktor Osiatyński.

- Co jest w życiu ważne?

- Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie.

 

piątek, 10 grudnia 2010
Postanawiam nie postanawiać

Moja córka wciąż mnie dopytuje, jakie mam postanowienie adwentowe. Jest mała. Chce się poradzić. A ja mam kłopot z postanowieniami, większy niż z konsekwencją.

Dlatego z nowym rokiem też nie postanowię:

Że nauczę się jeździć na nartach. Bo boję się pędu do nauki zjeżdżania koniecznie na stokach alpejskich.

Że wstrzyknę sobie botoks albo kwas hialuronowy. Mimo, że moja koleżanka dentystka przeszła kursy wstrzykiwania i po eksperymentach na czole swojego brata chce poeksperymentować ze mną. Mówi, że mam bruzdy między brwiami i po obu stronach ust, a w Niemczech kwas na receptę jest bardzo tani. Przywieziemy i za „parę euro” będę wyglądała jak nowa. Boję się, że nie będę mogła się śmiać.

Że na nowe wymienię skuter, talerze, meble. Bo kiedy mam coś nowego, żal mi starego i wysłużonego. I zagracam niemożebnie szafki, półki, szuflady...

Że poznam nowych wspaniałych przyjaciół. Bo nie umiem by każdy był od razu „ty”.

Że kupię e-booka zamiast kolejnych kilogramów książek odkładanych na czas emerytury. Nie mam teraz czasu by czytać wszystkie, które bym chciała. Ale na emeryturze będę miała czas. Czas to będzie czytanie, a nie pieniądz. W tym czasie pieniędzy chyba mieć nie będę.

Że przeczytam poradnik jak mieć udane życie, udane dzieci, udany związek, udany seks, jak być pewnym siebie i takie tam różne historie.  Lubię, jak się czasami nie udaje.

Że kupię nowy kalendarz. Kilka lat temu kupowałam. I w styczniu wpisywałam zawsze to samo. Imię, nazwisko, nr telefonu, adres e-mailowy, a potem kilka dat urodzin. Nie wiem po co wpisywać to wszystko co wiem. A czego nie wiem nie wpiszę. Nawet w kalendarzu Moleskine, w którym pisał Hemingway. Koleżanka z Warszawy ma taki. I ja też jej zdaniem ten właśnie powinnam mieć. Nie rozumie, że nie chcę. Nie potrzebuję kalendarza, by notować wszystkie wydarzenia, które mnie nie zabijają.

Nie mam w sobie mądrości Sokratesa, ale lubię go za to jego włóczenie się po targach po to tylko by patrzeć na te wszystkie rzeczy, bez których potrafił się obejść.

 
1 , 2 , 3